- Zapominacie o popapraniu - beknęła Jude. - Zawsze mamy jeszcze popapranie. - A poza tym, wcale nie jesteśmy samotni. Mamy wielkie .

Co się stało? Czy oprócz tej pary byli inni? Havelock wytężył wzrok pod słońce i obserwował każdy skrawek ziemi, dzieląc teren na sektory. Altana Domicjana nie należała do atrakcyjnych zabytków Palatynu: jako pośledni odłamek antyku, pozostawiona została swojemu losowi. Ponura marcowa aura jeszcze bardziej ograniczyła ilość zwiedzających. W oddali, na wzgórzu po wschodniej stronie, bawiła się gromadka dzieci pod czujnym okiem dwojga dorosłych, zapewne nauczycieli. W dole, od południa, na nie skoszonej trawie wznosiły się marmurowe kolumny z czasów wczesnego Imperium, jak stojące na baczność bezkrwiste trupy o wielce zróżnicowanym wzroście. Kilku turystów objuczonych sprzętem fotograficznym, z torbami na paskach i pękatymi futerałami robiło sobie nawzajem zdjęcia, pozując na tle pooranych bliznami resztek antyku. Ale oprócz pary kontrolującej wejście do altany, w pobliżu pustelni Domicjana nie zauważył nikogo. Jeśli byli strzelcami wyborowymi, nie potrzebowali dodatkowego wsparcia. Prowadziła do niej tylko jedna droga, a człowiek usiłujący przejść przez mur, stanowił łatwy cel. Wejście w ten ślepy, korytarz było zarazem jedynym wyjściem. I to też zgadzało się ze zwykłą taktyką likwidacji. Wykorzystać jak najmniejszą ilość tubylców, pamiętając jednocześnie, że mogą zrewanżować się szantażem. Dopiero teraz uświadomił sobie ironię swojego położenia. Chodził tego ranka po Palatynie, by wreszcie wybrać miejsce właśnie ze względu na te zalety, które mogły teraz być użyte przeciwko niemu. Spojrzał na zegarek: za czternaście trzecia. Musi działać szybko, ale dopiero jak zobaczy Ogilviego. Apacz był sprytny, wiedział, że zwiększa swoje szanse, odwlekając jak najdłużej spotkanie, i tym samym zatrzymując uwagę przeciwnika na oczekiwanym nadejściu. Michael poznał się na tym, skupił się więc na własnym położeniu: na kobiecie ze szkicownikiem i siedzącym na trawie mężczyźnie. Nagle pojawił się! Za minutę trzecia Michael zobaczył najpierw rudą głowę i ramiona Ogilviego, gdy ten wspinał się po ścieżce od bramy Gregorio, przechodząc obok mężczyzny na trawie, jakby go w ogóle nie zauważył. Coś dziwnego, coś uderzającego było w samym Ogilviem. Może to ubranie, pomyślał Michael, jak zwykle pomięte, niedopasowane... ale za duże nawet jak na jego krępą budowę? Cokolwiek to było, wyglądał inaczej: nie, nie na twarzy, był jeszcze za daleko, aby Havelock mógł dojrzeć takie szczegóły. To raczej jego chód i sposób trzymania ramion, jakby łagodne zbocze wzgórza było o wiele bardziej strome. Apacz zmienił się od czasów Stambułu, te dwa lata widać go nie oszczędziły. Wreszcie dotarł do ruin marmurowego łuku, prowadzącego do altany - będzie czekał w środku. Była punkt trzecia, początek umówionego czasu. Michael wyczołgał się ze swojej kryjówki za kępą dzikich krzewów i szerokim łukiem skradał się szybko na północ przez opadające, porośnięte wysoką trawą pole, nie odrywając prawie ciała od ziemi, aż wreszcie dotarł do stóp wzgórza. Spojrzał na zegarek, upłynęły niecałe dwie minuty. Kobieta znajdowała się teraz nad nim, na oko sto jardów, pośrodku pola, ale poniżej i na prawo od altany Domicjana. Nie widział jej, ale miał pewność, że nie zmieniła stanowiska. Skrupulatnie dobrała linie widzenia, nawyk wspomagającego. Dzierniku 1941 roku w czasie demontażu fabryk, które miały być przeniesiol. - Ba! jest przecie prosty sposób. Dajcie mi jego katowską mać, a już ja go nie uronię i dopiero w Spychowie panu Jurandowi z worka go wytrząsnę. - A niechże ci Bóg da zdrowie! O, to masz rozum! zawołał z radością jano. - Prosta rzecz! prosta rzecz! Zabieraj go razem i byleś go żywięcym do Spychowa dowiózł, rób z nim, co chcesz.. - Oczywiście - zgodził się Quinn. - Skoro dotrzymałeś umowy, ja dotrzymam mojej. Włożył ołówek między szczęki szczypczyków i pozwolił, żeby zawisły na przewodach przytroczonych do paska. Zdjął deszczowiec, zerwał z piersi drewniane pudełko. Wyjąwszy z niego czarne aksamitne zawiniątko z klejnotami, przytrzymał je na wyciągniętej dłoni. Zack sięgnął po nie i przekazał facetowi, który stał z tyłu w korytarzu. Pistolet Zacka był przez cały czas wycelowany w Quinna.. Nomicznego regionu zostali poddani represjom. Samuiła Augurskiego (1884-1947). - Dzięki za ostrzeżenie. Ale słowa nie dam ci i tak.. - Brownowi można ufać - rozwiał wątpliwości Stern. - Jest Murzynem, więc musiał być dobry..