już-nie-młodzieńcem, powoli zbierał się do odejścia. Zaraz ukradkiem podniesie umyślnie spuszczony wzrok, by zobaczyć to, czego widzieć nie powinien. Człowiek w oknie gwałtownie odwrócił głowę. Coś przeszkodziło mu w bacznej obserwacji ulicy, bo zniknął w ciemnościach pokoju. Gravet zadzwonił! Teraz. Michael podniósł z ziemi torbę, wrzucił ją do kosza i szybkim krokiem podszedł na ukos, do schodków prowadzących w stronę głównego wejścia. Z każdym krokiem stopniowo prostował zgarbione plecy, aż wreszcie powrócił do swej normalnej pozycji. Wchodząc po betonowych schodach, trzymał rękę na twarzy, z palcami zaciśniętymi na zsuniętej na bok czapce. Najwyżej osiem stóp dzieliło go od okna, w którym kilka sekund wcześniej stał oficer WKR i do którego za kilka sekund powróci. Telefon Graveta będzie zwięzły, profesjonalny, w żadnym wypadku nie może wzbudzić cienia wątpliwości. Widziano kogoś podobnego na Montparnasse. Czy cel był ranny? Czy wyraźnie kulał? Bez względu na to, jakich odpowiedzi udzielił Rosjanin, rozmowa szybko się urwie, nawet w pół zdania. Jeśli to istotnie był cel, szedł w kierunku metra, informator zaraz da znać. W ciemnym, odrapanym hallu, z popękanymi kafelkami na podłodze i pajęczynami rozpiętymi w czterech rogach pod sufitem, Havelock zdjął czapkę, wygładził klapy pomiętej marynarki i zerwał zwisający z płaszcza kawałek postrzępionej podszewki. Strój nadal pozostawiał wiele do życzenia, ale w przyćmionym świetle i na wyprostowanym ciele był całkiem stosowny, jak na hotel, który gościł nocnych przybłędów i prostytutki. W tym przybytku nie liczył się wygląd klienta, tylko żywa gotówka. Havelock zamierzał zrobić wrażenie gościa, który zdrowo sobie golnął i czym prędzej chce zwalić się na łóżko, by przetrwać najcięższą fazę męczarni. Zbędny trud! Otyły portier, z miękkimi tłustymi rękami, założonymi na wylewającym się ze spodni brzuchu drzemał za spękaną, marmurową ladą w najlepsze. W hallu była jeszcze jedna osoba: siedzący na ławce, wychudły, starszy mężczyzna z papierosem przylepionym do wargi pod zaślinionymi wąsami i pochylony nad rozłożoną gazetą. Nawet nie spojrzał na przybysza. Havelock rzucił czapkę na podłogę, kopnął ją pod ścianę i poszedł w lewo do wąskich schodów, wytartych przez dziesiątki lat użycia i niedbalstwa, z połamaną w kilku miejscach poręczą. Wszedł na skrzypiące stopnie, których na szczęście nie było wiele i nie zakręcały na żadnych półpiętrach. Prowadziły prosto, z jednej kondygnacji na drugą. Dotarł na pierwsze piętro i stał chwilę bez ruchu, nasłuchując. Nic nie zakłócało ciszy, prócz dochodzącego z oddali szumu ulicy, akcentowanego raz po raz ostrymi dźwiękami klaksonów. Dziesięć stóp dzieliło go od drzwi z wyblakłym numerem 23. Z pokoju nie dochodziły odgłosy jednostronnej rozmowy telefonicznej, nie trwała ona dłużej niż czterdzieści pięć sekund, i oficer WKR powrócił już do okna. Michael rozpiął zmiętą marynarkę i uchwycił kolbę magnum. Wyciągając automat zza pasa, mocował się chwilę z zaczepionym o skórę tłumikiem, po czym kciukiem odbezpieczył broń i ruszył ciemnym, wąskim korytarzem w kierunku drzwi. Skrzypnięcie podłogi! Nie jego, nie pod nim, za nim! Havelock odwrócił się i zobaczył, jak powoli otwierają się .

Popuszczanie i skracanie linki trwa jakiś kwadrans, po czym kończy się remisem. Zerwanie nie następuje, ale dalsze wyciąganie nie jest możliwe. Napięta żyłka jęczy lekko i połyskuje ironicz... [read more]

- Pan Quinn? - zapytał cicho. Quinn kiwnął głową. Mężczyzna nie machnął mu tuż przed oczyma swoją legitymacją, jakby to uczynił Amerykanin; zakładał, że sam jego wygląd i maniery świadczą o tym. że reprezentuje władze. - Oczekiwaliśmy pana, sir. Jeśli byłby pan łaskaw pójść razem z nami... Mój kolega weźmie pańską walizkę. Nie czekając na słowo sprzeciwu, ruszył w dół korytarzem, minął strumień pasażerów podążających ku głównemu wyjściu i wszedł do oznaczonego tylko numerem na drzwiach małego pokoju. Jego bardziej barczysty kolega, którego wygląd na milę zdradzał byłego podoficera, skłonił się uprzejmie Quinnowi i wziął jego walizkę. W pokoju ,,cichociemny" szybko przekartkował paszport Quinna i jego ,,asystentów", wyjął z kieszeni pieczątkę i ostemplował je. - Witamy w Londynie, panie Quinn - powiedział. Wyszli innymi drzwiami. Kilka schodków niżej czekał na nich samochód. Ale Quinn mylił się, jeśli myślał, że pojadą nim prosto do Londynu. Ruszyli ku stojącym nie opodal pomieszczeniom zarezerwowanym dla bardzo ważnych osobistości. Quinn wszedł do środka i rozejrzał się wokół lodowatym wzrokiem. Nie powinienem rzucać się w oczy, powiedział w Waszyngtonie. Całkowita dyskrecja. W pokoju znajdowali się przedstawiciele ambasady amerykańskiej, Home Office, Scotland Yardu, Foreign Office, CIA i FBI. Z tego co widział, brakowało tylko reprezentantów CocaColi i Woolworthsa. Kawalkada samochodów zmierzających do Londynu była jeszcze gorsza. Jechał na samym przedzie, w amerykańskiej limuzynie z proporcem, długiej jak połowa bloku mieszkalnego. Torowali jej drogę dwaj motocykliści. Za nim jechał Lou Collins, wraz ze swym kolegą z CIA, Duncanem McCrea, zaznajamiając go przy okazji ze sprawą W następnym wozie Patrick Seymour udzielał podobnych instrukcji Sam Somerville. W ślad za nimi w swoich Jaguarach, Roverach i Fordach Granada pędzili Brytyjczycy. Kawalkada sunęła w kierunku Londynu autostradą M4, potem skręciła na North Circular Road, a z niej na Finchley Road. Zaraz za rondem Lord's prowadzący samochód wjechał do Regenfs Park. podążał przez chwilę aleją Outer Circie, potem skręcił i przejechał przez bramę mijając dwóch salutujących strażników. Całą podróż Quinn spędził przyglądając się światłom miasta, które znał tak dobrze jak żadne inne w świecie i zachowując milczenie tak długo, aż w końcu przestał się do niego odzywać nawet przekonany o ważności swojej osoby doradca ministra. Kiedy samochody zbliżały się do iluminowanego wejścia do pałacyku, Quinn przemówił. Dokładniej rzecz biorąc, wrzasnął. Pochylił się do przodu miał do pokonania dużą odległość - i krzyknął kierowcy prosto w ucho: .

Zbyszko, na wpół przytomny ze wstydu i strachu, zdawał się z początku nie rozumieć słów kniazika, ale wreszcie zrozumiał je i aż zatrzymał się ze zdumienia:. - A co się stało w Rzymie?... [read more]

- O! - Donaldson był poruszony. - Jako dyplomata nie chcę nic o tym wiedzieć. .

Do niszczenia dokumentów. W przeciwieństwie do sali z dwunastoma ekranami telewizyjnymi, z której niedawno wyszli, ta wyposażona była w jeden wielki ekran i projektor o niecodziennym kształcie, ... [read more]

Geralt chwycił go za pas, wyrwał z piany gotującej się dookoła. - Biegnij! - krzyknął. - Zatrzymam ich! .

. - Nie wiedziałem, że się odezwał. Wcześniej milczał.. 3.1. Uruchomienie programu.. Całej duszy i serca: - Jezu Chryste, Panie miły - mówił - jakoś. . - Zapomnij o nich - powiedział Quinn... [read more]


Pages:   1 2 3 4 5 6 7